TheElder.net - Domator

niedziela 22 kwietnia 2007 , 11:38 przed południem

Nagi lunch (film)

Autor: Domator

Bill Lee jest pisarzem pracującym jako dezynfekator. Pewnego dnia odkrywa, że jego żona odurza się proszkiem do zwalczania karaluchów i postanawia sam tego spróbować. Przenosi się do Interstrefy, gdzie wreszcie odnajduje wenę twórczą. Interstrefa jest zamieszkiwana przez różnego rodzaju stwory, a sam Lee pisze swoje teksty na gadającej maszynie do pisania w kształcie karalucha.

“Nagi lunch” okazał się ostatnią książką, której ekranizacje potrafił bym sobie wyobrazić. Po przeczytaniu zrozumiałem, że David Cronenberg zrobił albo mega gniot, albo arcydzieło albo podszedł do adaptowania książki z dużym dystansem i co najważniejsze z pomysłem. Po obejrzeniu już wiem, że w grę weszła opcja numer trzy.
Nagi lunch
Wyobraźcie sobie ekranizację jakieś książki. Nie, wyobraźcie sobie film zrobiony na motywach jakieś książki. Czytelnik rozpoznaje motywy (pewne teksty, sceny itp.) ale nie rozpoznaje jak ciąg zdarzeń ma się do tego co w książce. Dopiero po czasie dochodzi do niego, że owe motywy są wspaniale powkręcane w film, który można interpretować jako osobną historię, uzupełnienie książki czy coś współgrającego z nią.
Zabieg który wykonał Cronenberg wbił mnie w ziemię. W filmie jesteśmy świadkami pisania “Nagiego lunchu”! Wpierw oglądamy sceny, których nie było w książce. Pewien tępiciel robactwa - William Lee - podczas rutynowej roboty w czyimś mieszkaniu zmuszony jest przerwać swoją pracę gdyż kończy mu się przeznaczony do trucia karaluchów proszek. Szefostwo bardzo skąpo wydziela specyfik swoim pracownikom. Jest to bowiem perski piasek, od którego już nie jeden się uzależnił i wyciągnął nogi. Lee podczas spotkania ze swoimi przyjaciółmi zostaje wyśmiany, że problem zanikania specyfiku leży bliżej niż on sam myśli, że najciemniej pod latarnią i że warto spytać żony. Szybko się okazuje, że żona szprycuje się proszkiem do zwalczania robactwa. Szybko też sam William zaczyna używać specyfiku. To sprawia, że policja przedstawia mu zarzut narkomani i zatrzymuje na komisariacie by przesłuchać. Lee próbuje udowodnić im, że ten proszek służy tylko i wyłącznie by walczyć z karaluchami. Funkcjonariusze podstawiają mu pod nos wielki karton z którego wychodzi ogromny karaluch. Po wyjściu funkcjonariuszy robal zaczyna z nimi rozmawiać. Co prawda Lee w końcu zgniata go butem i ucieka z komisariatu, ale już po paru dniach spotyka innego wysłannika - Mugwumpa - który werbuje go na agenta w Intersferze, gdy policja depcze Williamowi po piętach. W ciągu tych paru dni dodatkowo zabija swoją żonę metodą Williama Tella (Burroughs zabił swoją żonę w identyczny sposób, oczywiście nie na umyślnie) więc długo się nie zastanawia, bierze od obcego bilety na klasę turystyczną. Po wytrzeźwieniu bilety okazuję się fiolką perskiego proszku. Widać tylko takimi metodami można do tej krainy trafić.
Na haju dowiaduje się od swojej maszyny do pisania (zmienia się w karalucha i podobnie jak robak z komisariatu tak i ten z nim rozmawia), że jako agent ma zadanie spisywania raportów. Pierwszy raport dotyczy śmierci jest żony. Potem przychodzi pierwsza misja. Ale nie ma co się rozpisywać, jeżeli zdradzę tą większą i tą bardziej zaskakującą część fabuły to zwyczajnie zepsuję potencjalnym czytelnikom tego tekstu radochę z oglądania filmu. Bo akcja nie raz potrafi wywinąć widzowi i głównemu bohaterowi niezły numer. Podczas całego tego pobytu w Intersferze powstaje właśnie “Nagi lunch”, którego fragmenty czyta Lee bądź jego przyjaciele na głos. Można się więc domyślić, że Cronenberg postawił na luźne w interpretacji rozszerzenie książki. Wspaniały pomysł.

Film zrobiony jest pięknie. Swoją premierę miał w roku 1991. Dlatego też widz nie jest zasypany lawiną efektownych i wysadzonych w kosmos efektów specjalnych. Klasyka. Każdy obcy to aktor w kostiumie, a nie komputerowy twór. Owszem, komputery czynią cuda ale gumowe - nie rażące oczywiście po oczach - kostiumy zwyczajnie tworzą klimat.
Podoba mi się to, że film jak książka - zaskakuje. Czasem nawet rozbraja, nie wie człowiek co myśleć. Tak jest na przykład z końcówką filmu. Gdy na ekranie pojawiły się napisy to pomyślałem “Jak to? Już? Wow!”.

Po prostu, “Nagi lunch” jako film który otwarcie mówi o swoich książkowych korzeniach nie przytłacza tych co książki nie mieli w rękach ale z drugiej strony pozwala czytelnikom znaleźć kilka kawałków. W przeciwieństwie do książki w filmie fabułą zarysowana jest bardzo wyraźnie, z łatwością widz odbierze film jako jedną historię z książką jako ze zbiorem kilkunastu scen będzie krótko. Miałem rację pisząc, że trudno sobie wyobrazić ekranizację “Nagiego lunchu”. Po jej obejrzeniu wiem, że wierna adaptacja tej książki jest zwyczajnie niemożliwa. Chciało by się przeczytać książkę, obejrzeć film i przeczytać książkę, ale to może być dla nas za dużo. Poprzestańmy więc na tym filmie, ciekawym, zaskakującym, zrobionym w taki sposób, że aż chce się obejrzeć “Making of Naked lunch” lub coś w tym stylu. Zdecydowanie polecam.

Ocena: 9/10
Punkt więcej od książki za inwencję twórców, za zrozumiałość i za to, że i bez książki ten film jest świetny. Wciąż jednak miał bym problemy ze stwierdzeniem czy to książka góruje czy może film.

Burroughs i filmowy Mugwump
W. S. Burroughs ściska prawicę filmowego Mugwumpa. Moment połączenia literatury i filmu.

Zobacz też: Zobacz też: Nagi lunch (książka)

* * *

Komentarze » (0) »

Brak komentarzy.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URI

Shout It Out Loud!








"Moim marzeniem jest uratować ich od natury."
Christian Dior
BYKOM STOP!Spam Karma 2.3GET FIREFOX!Powered by WordPress